SNM

Zmarła prof. dr hab. Maria Przychodzińska2019-09-18

więcej »

Zmarła Ewa Hoffman-Lipska2019-03-27

więcej »

Zapraszamy do naszej nowej księgarni − Księgarnia iNuty2018-09-13

więcej »

zobacz wszystkie aktualności

Newsletter

Podaj nam swój e-mail, jeśli chcesz otrzymywać aktualności

Wychowanie Muzyczne » Czytelnia » Muzyczna „mitologia” (7). Czy jesteśmy społeczeństwem głuchych?

Muzyczna „mitologia” (7). Czy jesteśmy społeczeństwem głuchych?

Autor: Rafał Ciesielski

Polskie społeczeństwo już od kilku dziesiątków lat nazywane jest „społeczeństwem głuchych”, nic więc dziwnego, że określenie to utrwaliło się w naszej świadomości, a przez kolejne (które to już?) młode pokolenia uważane jest za – właśnie przez swój długi żywot i brak wyrazistego dementi – prawdę przyjmowaną niemal za pewnik. Jeśli więc – mimo zmieniających się warunków (politycznych, społecznych, ekonomicznych, edukacyjnych, kulturowych…) – określenie „społeczeństwo głuchych” pozostaje aktualne, rodzi się pytanie, czy w istocie nie jesteśmy głusi jakoś „filogenetycznie” i jako nacja nie mamy jakiejś trwałej skazy niemuzykalności. Może z nieznanych przyczyn zostaliśmy naznaczeni niemuzykalnością, z którą – jako uwarunkowaną genetycznie – trudno coś zrobić. Trzeba z nią żyć, co niekiedy nawet nieźle nam wychodzi…

           

W istocie trudno uznać nas – jako społeczeństwo – za szczególnie muzykalnych, w muzyce zorientowanych i rozmiłowanych. Przekonanie o naszej „niemuzykalności” potwierdzają kolejne badania (które to już?) ukazujące niezmiennie naszą słabą „skłonność” do muzyki ambitniejszej, nasz już nie tyle brak orientacji, ale często muzyczną ignorancję. Ramy muzyki wyznaczają nam na ogół Sopot i Opole, telewizyjne „programy muzyczne” w rodzaju Szansa na sukces, Must be the music czy Jaka to melodia?, w życiu koncertowym lubimy spektakularne „wydarzenia” muzyczne: występy gwiazd czy rozmaite muzyczne imprezy okolicznościowe, swoje „ambitniejsze” potrzeby estetyczne jeszcze niedawno realizowaliśmy, słuchając Rubika, głód wiedzy i informacji o muzyce zaspokajamy, oglądając muzyczne okienko Teleexpressu, a na co dzień raczymy się muzyką pop z komercyjnego radia… Obrazek to dość przeciętny, smutny, banalny, mało barwny. O naszym stosunku do muzyki rzec można: bez muzyki żyć nie potrafimy, ale… co to za muzyka?

 

„Ja się na muzyce nie znam” – z uśmiechem mówi wielu z nas; „Słoń mi na ucho nadepnął” – dodają inni. W społecznym przekonaniu oba przypadki pozwalają wiarygodnie wytłumaczyć się z jakichś muzycznych „kłopotów”, np. gdy trzeba wypowiedzieć się o muzyce, zająć wobec niej stanowisko, wykazać się jakąś o niej wiedzą (np. w teleturnieju) czy choćby zaśpiewać. A słuchający tych deklaracji ze zrozumieniem kiwają głowami, bo często… sami się z nimi utożsamiają. Nie ma w tym zażenowania czy żalu z utraty czegoś, bo choćbyśmy coś w tym kierunku robili, to i tak owa genetyczna wszak niemuzykalność nie pozwoli nam tu na wiele…

Niekiedy pojawiają się jednak wątpliwości, już od lat bowiem w krajowej i światowej przestrzeni muzycznej z powodzeniem działa wielu polskich artystów reprezentujących wszelkie muzyczne rodzaje i style. Koncertują, nagrywają płyty, są nagradzani na najbardziej prestiżowych konkursach muzycznych, zyskują uznanie u krytyki i wyrobionej publiczności. Jest ich zbyt wielu, by były to wyjątki potwierdzające regułę naszej niemuzykalności; zbyt wielu, by można było mówić o nas jako o nacji niemuzykalnej. Dalej myśl ta prowadzi do podważania fundamentów owej niemuzykalności, a nawet do rodzaju… sprzeciwu. Dlaczego to niby mielibyśmy być niemuzykalni? Pobieżna choćby obserwacja najbliższych sąsiadów (i to ze wszystkich stron) pokazuje, że ich owa niemuzykalność jakoś nie dotknęła. Dlaczego więc objęła tylko nas?

 

I tu rodzi się myśl zgoła heretycka: może jako nacja jesteśmy „w porządku”, a jedynie jakiś „błąd” powoduje, że gdzieś zagubiony i przytłoczony został nasz potencjał muzykalności… Dzieci w wieku trzech–czterech lat wykazują naturalne zainteresowanie muzyką. Potem – pod wpływem „systemowego umuzykalniania” – ich muzyczna wrażliwość dramatycznie tępieje, nie chcą jużsłuchać muzyki, przestaje ona być dla nich czymś do słuchania, a staje się jedynie pretekstem do ruchu, tańca, akcji, dodatkiem do bajki, z czasem do gry komputerowej, filmu, „szansą na sukces” w wokalnym konkursie… Podczas przedszkolnego koncertu dzieci polaryzują się na młodsze, które z otwartymi buziami słuchają kolejnych utworów, i te starsze, które gdy tylko zabrzmi muzyka, zaczynają „tańczyć”, choćby charakter muzyki jak najdalszy był od taneczności. Starszaki wiedzą już bowiem, po co jest muzyka i „prawem starszaka” demonstrują maluchom, jak powinno się zachowywać na koncercie. Czyżby? Sugestie, by posłuchać,zdają się ingerować w „prawo do ekspresji” i ograniczać jakiś oczywisty i naturalny (?) sposób reakcji na muzykę. Wyraz dezaprobaty dla takich „ograniczeń” rysuje się równie wyraźnie na twarzach dzieci, jak i pań nauczycielek (koncert bez „tańca” to koncert niemal nieudany!). Muzyka jako swoista (dźwiękowa) i samodzielna rzeczywistość przestaje istnieć… Staje się jedynie tłem, uzupełnieniem bądź pretekstem dla innych działań.

 

Dalszy ciąg tego procesu („odmuzykalniania”) i tego sposobu postrzegania muzyki łatwy jest do przewidzenia – potwierdza i utrwala go muzyczna kultura masowa („kultura piosenkowa”). Zarazem dramatycznie zawęża się obszar doświadczanej i lubianej przez dzieci i młodzież muzyki. Z muzyką jako sztuką nie ma to już wiele wspólnego. Trudno więc często mówić tu o „muzykalności”…

 

Co tu jest prawdą, a co mitem? Nie jesteśmy niemuzykalni „z natury”, nie jesteśmy mniej muzykalni – bo niby dlaczego mielibyśmy być? – niż nasi bliżsi bądź dalsi sąsiedzi. Mamy podobny potencjał muzykalności, a nawet – co często twierdzą inni – nasza fantazja i wyobraźnia muzyczna są rozwinięte ponadprzeciętnie… Jesteśmy więc muzykalni, brak nam jedynie sprawnego w skali społecznej systemu ujawniania i rozwijania owej muzykalności. Nasza „niemuzykalność” nie jest wrodzona, a nabyta i utrwalana w meandrach muzycznej popkultury i nieudacznym procesie „powszechnego umuzykalniania społeczeństwa”.

           

A już uwierzyliśmy, że jesteśmy głusi. A już wmawialiśmy sobie, że natura nie wyposażyła nas w jakiekolwiek – choćby standardowe – przymioty muzykalności. A już łatwo się usprawiedliwialiśmy (indywidualnie i społecznie) z naszych muzycznych niedomagań, niepowodzeń i „upadków”. Było to może niekiedy i wygodne, zwalniało nas bowiem z aspiracji, ambitnych planów i podejmowania skutecznych działań. Ostatecznie jednak zubażało nas (znowu: indywidualnie i społecznie) o doświadczenia fascynującego świata dźwięków…

           

Co zrobić z tą tak nagle odzyskaną muzykalnością? Zanurzyć się w muzykę: grać, śpiewać, słuchać, poszerzać wiedzę… Robić to na nowych już warunkach, bez kompleksu „niemuzykalności”, ale też bez taryfy ulgowej dla siebie… Satysfakcja gwarantowana, a i muzyka wynagrodzi nam nasze wysiłki (bo te – w jakimś zakresie – są tu wszak nieuniknione). Zmobilizujmy się i dajmy sobie szansę na korzystanie z naszego potencjału w zakresie muzyki.

 

Przykład: konferencja naukowa – podczas towarzyskiego spotkania międzynarodowego grona naukowców wszystkie grupy narodowe śpiewały swoje piosenki. Wszystkie… z wyjątkiem polskiej (jacy ci Polacy są niemuzykalni!). By na kolejnej konferencji móc dorównać w śpiewie swym zagranicznym kolegom, nasi naukowcy pod okiem specjalisty podjęli… naukę śpiewu, której widać „gdzieś i kiedyś” zabrakło… Tym razem polscy naukowcy odnieśli sukces: nie tylko wokalny (a jakże!), ale także „repertuarowy”, gdy nasze (ludowe i popularne) piosnki okazały się bardziej muzycznie atrakcyjne od tych z innych stron świata… Jednocześnie upadły dwa mity o naszej niemuzykalności: tej wykonawczej (w zakresie śpiewu) i kreatywnej (w zakresie inwencji twórczej).

           

W tym przypadku ujawnienie muzykalności wynikało z kontekstu towarzysko-ambicjonalnego i było niejako wymuszone. Czy zawsze tak być musi? Stać nas przecież na to, by wyjść poza fałszywe ograniczenia, przebić (jak w scenie zSeksmisji) skorupę owej rzekomej niemuzykalności, zaufać intuicji, pasji poszukiwań, żyłce odkrywcy nieznanego, muzycznego świata… Bowiem „kto ma uszy niechaj słucha”… A nasze uszy nie są wszak gorsze od innych!