SNM

Zmarła prof. dr hab. Maria Przychodzińska2019-09-18

więcej »

Zmarła Ewa Hoffman-Lipska2019-03-27

więcej »

Zapraszamy do naszej nowej księgarni − Księgarnia iNuty2018-09-13

więcej »

zobacz wszystkie aktualności

Newsletter

Podaj nam swój e-mail, jeśli chcesz otrzymywać aktualności

Wychowanie Muzyczne » Czytelnia » Trudno jest być nauczycielem muzyki… Rozmowa z prof. dr. hab. Leonem Markiewiczem o edukacji muzycznej i autorytetach

Trudno jest być nauczycielem muzyki… Rozmowa z prof. dr. hab. Leonem Markiewiczem o edukacji muzycznej i autorytetach

Autor: Grażyna Darłak

artykuł z numeru 4.2013

 

Entuzjazm, którym należy zarażać uczniów – oto najważniejsza cecha dobrego nauczyciela muzyki. Prof. Leon Markiewicz, który polską rzeczywistość w zakresie edukacji muzycznej obserwuje od niemal ośmiu dekad, nie ma wątpliwości, że choć świat i jego wymagania się zmieniają, to z wielką muzyką można dotrzeć do młodzieży. Ważne jest jednak, aby ścieżki przecierał nauczyciel, który wychodząc od tego, co interesuje młodych ludzi, będzie w stanie zarazić ich pasją do poznawania dzieł mistrzów.

 

Grażyna Darłak:Panie Profesorze, w tym roku obchodzi Pan 85. rocznicę urodzin. Już od niemal ośmiu dekad jest Pan czynnym uczestnikiem procesów edukacyjnych – najpierw jako uczeń szkoły powszechnej, gimnazjum i liceum, a także uczeń szkoły muzycznej, później jako nauczyciel, dyrygent w amatorskim ruchu chóralnym i wykładowca akademicki. Jak z takiej perspektywy czasu ocenia Pan obecną sytuację edukacji muzycznej w Polsce?

 

Leon Markiewicz: Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Obowiązującym programom właściwie trudno cokolwiek zarzucić, są prawidłowo konstruowane. Wydają mi się zbyt ambitne, ale nauczyciele od zawsze skarżyli się na przeciążenie programów. Kiedy wchodziłem w życie zawodowe, również narzekano na małą ilość godzin i marginalne miejsce dla muzyki, w szkolnictwie powszechnym oczywiście.

           

G. D.: Powiedział Pan „zbyt ambitne”. Czym więc różnią się od wcześniejszych propozycji programowych?

           

L. M.: Po pierwsze, dziś przedmiot, którego dotyczą, nazywa się muzyka, kiedyś był to śpiew. Z tego, co pamiętam, moi nauczyciele muzyki w szkołach ogólnokształcących przeważnie kończyli licea pedagogiczne i byli bardzo dobrze przygotowani do prowadzenia nauki śpiewu. W każdej prawie szkole był chór, a my – czy jako dzieci, czy potem już jako młodzież, a nawet maturzyści – śpiewaliśmy jednogłosowe pieśni. I było nam bardzo dobrze.

           

G. D.: A wracając do programów...

           

L. M.: Potem, już do powojennych programów, zaczęto wprowadzać inne elementy. Na przykład ruch przy muzyce. I ja to jak najbardziej rozumiem, jest to przecież związane ściśle z rozwojem dziecka. Nie rozumiem natomiast czegoś, co do dziś istnieje w programach – tworzenie muzyki. Byłem na różnych lekcjach prowadzonych przez studentów, gdzie próbowano też tworzenia muzyki poprzez np. dopowiadanie przez ucznia myśli muzycznej zainicjowanej przez nauczyciela. Zawsze nauczyciele chwalili propozycje dzieci: „Tak, bardzo dobrze”, ale moim zdaniem efekty tworzenia zwykle były niedobre. Dzieci nie dorosły jeszcze do tego, żeby stworzyć interesującą i logiczną całość melodyczną, nie mają wystarczającej wiedzy i doświadczeń. To nie to co plastyka, gdzie wykazują siebie w stu procentach i tym, co narysują, potrafią wzruszyć najwybitniejszych plastyków. Tego w tworzeniu muzyki nie udaje się osiągnąć.

 

G. D.: To jest jednak trudna materia – abstrakcyjne dla dziecka dźwięki.

           

L. M.: Po wojnie wprowadzono też bardzo szlachetną rzecz, bardzo ważną, której jestem zasadniczo zwolennikiem, a mianowicie słuchanie muzyki. Z praktyki, z obserwacji widzę, że tu popełnia się najwięcej błędów dydaktycznych, merytorycznych. W obowiązujących programach – zarówno dla przedszkoli, jak i dla klas 1–3 i starszych – są wykazy, jakich utworów należy słuchać. Niestety, przygotowując studentów do uczenia muzyki w szkołach ogólnokształcących, widzę, że oni w ogóle nie mają pojęcia o słuchaniu muzyki i wybierają utwory na chybił trafił. Chopin… a to niech będzie to. Ale dlaczego? Tego, niestety, nie umieją powiedzieć. Rozmowa o utworze kończy się na pytaniu: „Dzieci, podobało wam się?” „Tak, podobało”. „To dobrze”. I już. I tyle. A utwór ginie w pamięci.

           

G. D.: A jak należałoby podejść do problemu?

           

L. M.: Ja za miesiąc zadałbym zagadkę: „Kto z was pamięta ten utwór?” Albo zrobiłbym konkurs: „Który z tych trzech utworów wysłuchanych dzisiaj najbardziej wam się podobał?” To wyzwoliłoby u uczniów potrzebę dokonania oceny. I ta droga wydaje mi się właściwa. Być może niektórzy studenci czy młodzi nauczyciele tak robią, ale stwierdzam, że większość pochodzi do słuchania muzyki na lekcjach encyklopedycznie. Przesłuchane, odłożone, zaliczone i koniec. I skutki są takie, że jeśli do świadomego słuchania muzyki nie wdraża się dzieci, to starszych uczniów już to nie interesuje, bo nie ma „zasiewu”. Jest wielką sztuką uczenie dzieci słuchania muzyki. Trzeba znać wszystkie proponowane w programach utwory i niektórymi się zachwycić. I te utwory, którymi się zachwycimy, przekazać dzieciom i młodzieży.

           

G. D.: No właśnie. Z prowadzonych przez Pana zajęć pamiętam sentencje, które do dziś kształtują moją pracę z młodymi ludźmi: „Nauczyciel jest jak jubiler prezentujący najszlachetniejsze klejnoty”, „Bohaterem lekcji muzyki ma być zawsze muzyka”. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj mamy bardzo dobre warunki do prowadzenia lekcji – pięknie opracowane podręczniki, płytoteki, ogromne możliwości techniczne i sprzętowe… a jednak na lekcjach brakuje tego pierwiastka duchowego, muzycznego.

           

L. M.: Właśnie, bo przecież my prezentujemy piękno. Czy to będzie piosenka, czy utwór. Nie damy najpierw np. Marsza żałobnego Chopina, ale Mazurek F-dur, najprostszy, który najbardziej wpada w ucho i w serce. Ja sam, kiedy przygotowuję wykłady dla studentów i zastanawiam się, które utwory wybrać, które im polecić, poświęcam na to bardzo dużo czasu. Z programu, gdzie jest 25–30 zaproponowanych utworów, wystarczą trzy–cztery… najwyżej pięć… Myślę, że słuchanie muzyki jest w programach zbyt ambitnie potraktowane… Chyba jednak powinno wchodzić w starszych klasach, kiedy młodzież zaczyna kojarzyć rzeczywistość i historię, dzieci natomiast niech śpiewają. Zresztą mamy dobre przykłady – dzięki Kodalyowi na przykład rozśpiewane są Węgry, Czechy, Słowacja.

           

G. D.: Tu warto chyba przypomnieć, że przez wiele lat wykładał Pan w Akademii Muzycznej przedmioty, które przygotowywały studentów do prezentowania dzieła muzycznego. Działał Pan także jako prelegent i w tej roli zdobył Pan serca wielu słuchaczy – i tych najmłodszych, młodzieży, i melomanów seniorów. Jak dziś trzeba ukazywać muzykę, żeby stawić czoła konkurencji mediów i zalewającej nas muzyce rozrywkowej – niestety, w przeważającej większości niezbyt wartościowej? Jak dziś odkrywać muzykę, gdy niemal wszędzie – także w jej nauczaniu – wkradła się zasada, że ma ona być „łatwa, lekka i przyjemna”?

           

L. M.: Odkrywanie muzyki… Dziś nauczyciele często tłumaczą, że mają do dyspozycji mało godzin, a uczniowie nie rozumieją muzyki „poważnej” i przez to jej prezentacja zostaje tylko „odfajkowywana”. Nie zgadzam się z nimi. Utwierdziłem się w swej opinii na temat, gdy przez szereg lat prowadziłem pasjonującą dla mnie pracę w domu kultury, poprzedzając słowem koncerty na żywo w sali na 300 osób – od przedszkolaków do 7–8 klasy. W ciągu jednego dnia z przyczyn technicznych odbywały się po trzy–cztery koncerty. Z własnej obserwacji wiem, że prelegenci koncertów szkolnych uważają się przeważnie za „zapowiadaczy” poszczególnych punktów programu i ograniczają się do krótkiego komunikatu: „Teraz usłyszymy to i to” lub zanudzają dzieci szczegółami historycznymi w rodzaju: „Chopin urodził się tu i tu, a utwór został skomponowany w tym i tym roku”. Bez sensu, dzieci to nie obchodzi. Ja sądzę, że trzeba mówić o czymś innym. Sam zapowiadałem np. „Usłyszymy teraz jeden z najpiękniejszych utworów”, albo „Ten utwór jest dla mnie bardzo interesujący. Ciekaw jestem, czy będzie się wam podobać”. A na końcu prosiłem zawsze, żeby słuchacze wybrali, który z utworów najbardziej im się podobał, i dążyłem do tego, żeby go powtórzyć. Okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę. Dzieci pod koniec koncertu wprost walczyły o utwory. Mierzyliśmy siłę oklasków i zawsze powtarzaliśmy ten utwór, który zdobył ich najwięcej. A ten, który zdobył ich najmniej, spotykał się czasem z moim komentarzem – np. „Cóż, Chopin «przepadł», ale to nie szkodzi. Widać Mozart był waszym zdaniem piękniejszy”. Starałem się być dla uczniów „czynnym prelegentem”, a nie zapowiadaczem kolejnych „numerów”. Aby utrzymać kontakt z tą znakomitą widownią i „czuć” ją, nie schodziłem z estrady podczas wykonywania utworów, dzięki czemu miałem możność sterowania napięciem widowni, prowokowania oklasków i zadawania pytań słuchaczom. Ciekawe, że do odpowiedzi najchętniej zgłaszały się przedszkolaki. Do dziś przechowuję różne laurki, podziękowania lub rysunki, wykonane już w domu, ilustrujące słuchane utwory.

           

G. D.: Żywy oddźwięk przeżyć i wrażeń, które  zostały wzbudzone w czasie koncertu, w czasie  spotkania z muzyką.

           

L. M.: System „czynnego prelegenta” można porównać z tym, co robiła telewizja w programie Od przedszkola do Opola, gdzie też stosowano mierzenie oklaskami. Niestety, w tym programie dzieci – sterowane zarówno przez showmanów, jak i obecne w studio rozanielone mamusie i ciotunie – były małpeczkami ubranymi w stroje naśladujące idoli rozrywki, w repertuarze przeznaczonym dla dorosłych. Uważam to za wypaczanie treści naturalnych dla dzieci!

           

G. D.:Tu dotykamy kolejnej istotnej sprawy – repertuaru dla dzieci.

           

L. M.:Pamiętam, jakim szacunkiem otaczano śpiew w szkole przed wojną; być może właśnie dlatego jestem zwolennikiem repertuaru szkolnego – tego, co w niemieckiej pedagogice nazywa się Schulmusik. Muzyka szkolna. Muzyka o określonych treściach dostosowanych do wieku uczniów, o pewnej ograniczonej tematyce słownej czy estetyce.

           

G. D.:Chyba coraz trudniej jest znaleźć tego typu repertuar.

 

L. M.: Obecnie mamy bardzo dużo różnych śpiewników. Rzeczywiście jest w czym wybierać. Ostatnio nawet pojawił się śpiewnik z wyborem piosenek od przedszkola do karczm piwnych. Mamy też – o zgrozo! – bardzo wiele płyt z instrumentalnymi „podkładami” do śpiewania. Podkładami amatorskimi, granymi przez młodociane, niedouczone zespoły rockowe. Czasami te podkłady są połączone ze śpiewem, ale akompaniament jest na ogół tak głośny, że nie słychać śpiewu. Przecież to zabija wrażliwość uczniów! Kupowałem te płytki, żeby coś pokazać studentom i rzadko kiedy mogłem je zaakceptować. Ciągle myślałem, że to nie jest to, co nazywamy wychowaniem muzycznym – to zabijanie podstaw estetyki! Wreszcie znalazłem śpiewnik Barbary Kolago do słów Doroty Gellner. Do niego też jest dołączona płyta, która zawiera dwadzieścia kilka piosenek. I podkład. Ale jaki podkład! Dyskretny, delikatny, subtelny. Studentom pokazywałem: to jest to. Tu jest z czego wybierać. Sam wybrałem z tych piosenek kilka pokazowych, np. Piosenkę o jamniczku czy Jesienny kujawiaczek… To jest świat dziecka. Cudowny świat dziecięcy.

G. D.: Czy można przekonać współczesnych młodych ludzi do piękna piosenek dziecięcych?

          

L. M.: Ja mówię studentom tak: „Słuchajcie, piosenki dziecięce nie są byle jakimi piosenkami w melodii i treści słownej, tylko musicie je dokładnie poznać, przestudiować, wybrać dla siebie i dla uczniów”. Ale studenci jako przyszli nauczyciele często nie są skłonni do takich czynności. Może absolwenci akademii muzycznych – tych, gdzie jeszcze jest wychowanie muzyczne – potrafią świadomie dokonać takiego wyboru, ale jest ich bardzo mało. W większości młodzi nauczyciele muzyki w szkolnictwie powszechnym są niedouczeni. Wobec nich przedszkolanki z dużym stażem pracy, które dziś z opóźnieniem robią magisterium, przodują – one wiedzą, co trzeba robić, żeby nauczyć piosenki, znają też repertuar. Jestem przekonany – i potwierdzają to relacje moich studentek – że w pierwszych trzech klasach, gdzie jest kształcenie zintegrowane i nauczyciel może decydować, kiedy, co i jak, znika w zasadzie muzyka. Jest język polski i matematyka, a wszystko inne gonione byle jak, „po łebkach”. Bardzo nad tym ubolewam. Zwłaszcza że dziecko chłonie jak gąbka, a te najwcześniejsze doświadczenia zostają nawet do końca życia. Niektóre „sygnały muzyczne”, które usłyszałem jako nieświadomy sześciolatek, zapadły we mnie bardzo głęboko. I po latach odkrywałem, że „ja to przecież znam”.

           

G. D.: Poruszył Pan jeszcze jedno ważne zagadnienie – niedoskonałe przygotowanie przyszłych nauczycieli muzyki.

           

L. M.: I to się szybko nie zmieni. Akademie muzyczne nie są w stanie dostarczyć większej liczby odpowiednio przygotowanych nauczycieli wychowania muzycznego. Wprawdzie programy niektórych wyższych szkół pedagogicznych, owszem, realizują na przykład kształcenie słuchu, ale są też takie szkoły, które mają dla studentów, dla licencjatów czy magistrantów, tylko 16 godzin zajęć muzycznych w roku! Mówię to na podstawie mojej wieloletniej pracy w kilku uczelniach pedagogicznych, nie muzycznych. Tacy absolwenci nie umieją czytać nut, a o śpiewie i emisji głosu w ogóle nie mają pojęcia… To mnie bardzo smuci.

           

G. D.: Odnoszę wrażenie, że uczelnie w pogoni za oszczędnościami obcinają niemal do zera godziny niezbędne do nabycia podstawowych umiejętności i kompetencji muzycznych potrzebnych do prowadzenia edukacji muzycznej.

           

L. M: Myślę, że przyczynia się do tego również fakt, że studenta – nawet bardzo słabego – nie wolno zwolnić skreślić z list studentów, bo uczelnia straci pieniądze…. Niestety, to bardzo smutne. Stąd teraz – to niepoprawne, ale – jestem zwolennikiem płatnych wyższych studiów i stypendiów dla tych, którzy mają znakomite stopnie.

           

G. D.: Na razie powstał nam dość smutny obraz…

           

L. M.: No właśnie, czy w takim razie u nas nic się nie dzieje poza szkołą? Przekonałem się, że dzieje się bardzo dużo. Gdy był np. Kongres ISME w Warszawie, daliśmy program artystyczny taki, że zagranica była szczerze zdumiona. Polska – kraj kwitnący muzyką. Czy rzeczywiście możemy mówić o rozkwicie muzyki? Chyba nie. Myślę, że to tylko fasadowość… Ale mogę powiedzieć, że spotkałem coś niezwykłego na festiwalu Schola Cantorum, festiwalu muzyki dawnej w Kaliszu. Kiedy tam jechałem pierwszy raz, to z niechęcią, myśląc: „Co też te dzieci mogą umieć z dawnej muzyki?” A dzieci nam pokazały, że mogą nas wzruszyć. Właśnie tam przekonałem się, że jednak są u nas nauczyciele, którzy potrafią zrobić cuda i wzbudzić prawdziwy aplauz jury. No i to, co mnie zawsze wzruszało – na rozdaniu nagród jako jurorzy nie mogliśmy powstrzymać się od łez. Z radości. Z radości, że tak reaguje młodzież uprawiająca muzykę… I co najciekawsze, często nie były to znane zespoły – np. nagle zjawił się kwartecik fletów prostych z jakiejś podczęstochowskiej wsi i grał idealnie. Grand Prix…

           

G. D.: Czyli jak się chce, to można; niektórym udaje się robić rzeczy dobre...       Dowodzi to, że jednak są nauczyciele, którzy w swą pracę wkładają wiele energii i ambicji, starają się, jak tylko mogą. Byłem jeszcze – również jako juror – na Ogólnopolskim Konkursie Chórów a Cappella Dzieci i Młodzieży w Bydgoszczy. I tu także znakomite efekty! To jednak wciąż za mało. Na przykład do Kalisza zjeżdżało się z Polski 27–30 zespołów na 48 województw, podobnie do Bydgoszczy. Marzą mi się takie święta i festiwale okręgowe, na których tych chórów i zespołów będzie więcej.

           

G. D.: Teraz odbywa się sporo festiwali i przeglądów o ograniczonym zasięgu. Jest też ogólnopolski program Śpiewająca Polska, prężnie funkcjonujący w kilku okręgach…

           

L. M.: Właśnie, działania w okręgach. Myślę, że tędy droga.

           

G. D.: Muszę przyznać, że jako Pana studentka i doktorantka zawsze byłam pełna podziwu dla Pana entuzjazmu. Proszę zdradzić, skąd czerpał Pan ten entuzjazm, którym zarażał Pan nas, swoich wychowanków, i którym emanuje Pan do dzisiaj. Skąd czerpał Pan swój entuzjazm do muzyki i nauczania? Skąd też tyle wiary w młodzież, podczas gdy wielu młodych (i nie tylko) nauczycieli z przygnębieniem podejmuje pracę w szkole i tak krytycznie ocenia sytuację muzyki w polskiej szkole?

           

L. M.: Skąd entuzjazm? Stąd, że możliwość studiowania muzyki była wielkim szczęściem. Gdy przesiedliłem się z Wilna do Gliwic i mogłem zacząć grać na fortepianie, to zabrałem się do tego z ogromną pasją. Cieszy mnie w muzyce nie tyle doskonałość techniczna, ile piękno. Pamiętam, jak bardzo wzruszałem się, kiedy pierwszy raz usłyszałem, że będę grać Mozarta, jegoRondo D-dur! To był szczyt wszystkiego! Albo pierwsze zetknięcie z Lutosławskim. To nie były te skomplikowane późniejsze dzieła, ale Melodie ludowe czy piosenki dla dzieci do słów Tuwima. Przecież to są arcydzieła! I dziś pytam o te utwory studentów – a oni ich nie znają. Jak to? Nie znacie tego? Kotek, Płynie, wije się rzeczka, Idzie Grześ przez wieś… Te piosenki pobudzają wyobraźnię i zachęcają dzieci do rysowania cudownych obrazków.

           

G. D.: A jakie są Pana pragnienia?

 

L. M.: Czego ja pragnę? Przekazać ludziom piękno. Wierzę, że to, czym ja się entuzjazmuję, może się zapalić też u drugiego człowieka. Niewątpliwie u podstaw tej pasji propagowania muzyki – czy na piśmie w felietonach, czy w słowie koncertowym, radiowym, telewizyjnym – legła moja fascynacja tym, że mogę odsłonić komuś to, czego jeszcze nie wie. Odsłonić tajemnicę. Nie zapomnę mojego pierwszego idola młodzieńczego, dyrektora szkoły muzycznej w Gliwicach, Marcina Kamińskiego, który prowadził lekcje słuchania muzyki. Ale jakiej muzyki! Najcięższej! Wagnera, bo wtedy innych jedyne płyty, jakie zostały, to były poniemieckie z muzyką tego kompozytora. I Marcin Kamiński naprawdę coś w nas rozpalał! Przekonywał, że to jest piękne. Potem błogosławiłem los, że mogłem jeździć wielokrotnie na festiwale do Bayreuth. I tego rodzaju zapał chyba u mnie nie gaśnie. Chciałbym, żeby nauczyciele do tego stopnia się zapalili do przekazywanych utworów, do słuchania, żeby ich samych muzyka nie tylko interesowała, ale i porywała.

           

G. D.: Czyli źródło tkwi w muzyce?

           

L. M.: Chyba tak. I ta radość wszędzie w niej jest. Nawet gdy potem analizowałem Weberna – a to już jest ścisła analiza – entuzjazmowałem się tymi cudami, ich sferą intelektualną. Albo komplikacje w fugach Bacha. To przecież są jakieś genialne rebusy. Dotąd nie zgasła we mnie radość odkrywania czegoś nowego. I muszę przyznać, że znalazłem wreszcie idealnych studentów, z którymi mogę się nią dzielić – Uniwersytet Trzeciego Wieku. Szedłem tam, zastanawiając się, co ci staruszkowie – [ze śmiechem] oni są młodsi ode mnie – chcą jeszcze poznawać. Okazuje się, że mają wprost ogromny zapał do słuchania muzyki. I tu właśnie potrzebne im słowo. Nie „pierwszy, drugi temat”, tylko odkrywanie, co w danym utworze jest fascynującego, jaka w nim tkwi tajemnica.

           

G. D.: Wspomniał Pan osobę Marcina Kamińskiego, który odegrał dużą rolę w Pana życiu. Pan również dla wielu z nas, swoich studentów i współpracowników, stał się autorytetem.

           

L. M.: Bardzo miło mi tego słuchać.

           

G. D.: Chciałam w tym miejscu zapytać o inne osoby, które stały się takim wzorem osobowym dla Pana.

           

L. M.: [długie milczenie] Chyba te osoby, które działały z pasją. Ze środowiska muzycznego – powiedzmy: Górecki, jego autentyczne zajęcie się twórczością. Dla niego nic więcej już nie istniało. Poza tym kiedy mówił o czymś, co jego zdaniem było ciekawe, czynił to z zapałem. Mógł mówić o najtrudniejszej rzeczy, która nikogo normalnie by nie interesowała, ale opowiadał o niej tak, że fascynował swego rozmówcę. Mnie na przykład zapalił do wsi podhalańskiej i jej piękna. Lubię entuzjastów. Lubię widzieć u kogoś chęć działania ponad wszystko, ponad swoje zmęczenie, a przede wszystkim umiłowanie wybranego zawodu. W dziełach sztuki, w literaturze czy poezji (Gałczyński!) szukam pasji autora. Stąd na przykład interesują mnie tylko niektóre recenzje muzyczne, eseje, artykuły i relacje, w których jest jakaś szczera emocja.

           

G. D.: Czy mógłby Pan przywołać jednak jakąś osobę, która wywarła duży wpływ na Pana życie, na podejmowane decyzje?

           

L. M.: Moja małżonka. I to z perspektywy wielu lat. Mieliśmy jednakową pasję – muzykę. Cokolwiek robiliśmy, to zawsze staraliśmy się dać z siebie wszystko. Teorią pedagogiki zająłem się właśnie dzięki niej. Ona w swej dziedzinie zgłębiała różne tajniki pedagogiki i szukała jak najlepszej drogi, by dotrzeć do uczniów. Szczęśliwe jest to małżeństwo, które może rozmawiać ze sobą na tematy zawodowe pasjonujące dla obojga. My możemy godzinami rozmawiać. I chwalę sobie los, że nas akurat zetknął, mamy wspólne zainteresowania. Poza moją żoną swym entuzjazmem do wszelkich działań na rzecz rozwoju kultury na Śląsku wpłynął też na mnie poeta Tadeusz Kijonka. Właśnie on bardzo zachęcał mnie do pisania o muzyce, podsuwał różne tematy do felietonów w „Poglądach”. Przez wiele lat prowadził znakomity miesięcznik „Śląsk”, w którym umieszczał także i moje artykuły. A w swojej dziedzinie był znakomity. Jego poezje są naprawdę przepiękne.

           

G. D.: Znowu przebija wspólna dla tych osób cecha: entuzjazm, pasja. Panie Profesorze, obecnie diagnozuje się kryzys tradycyjnych instytucji wychowawczych – rodziny, szkoły i Kościoła; wskazuje się też, że rolę autorytetów przejmują dziś obecne w mediach celebryci. Mamy świadomość, że osoby te bardzo często promują wątpliwe wartości i wzorce… Jak Pana zdaniem można dziś równoważyć te antywzorce? W jaki sposób stać się autorytetem dla młodych ludzi? Jak odkrywać tajemnice życia?

           

L. M.: To będzie bardzo trudne, bo mechanizm show-biznesu ogarnął wszystko. Ogłupia się nas reklamami, zabiera się nam czas. Ludzie show-biznesu są przekonani, że młodzież interesuje się tylko ich produktami i niczym więcej... Weźmy chociażby pod uwagę jeden z najczęściej oglądanych programów informacyjnych „Teleexpress”. Od lat dość lubiany Marek Sierocki przedstawia tu w krótkim czasie – minuta czy dwie – młodych rockmanów. W zasadzie nigdy nie prezentuje w ciągu tych kilku minut jakiegoś rewelacyjnego młodego muzyka, który aktualnie zdobył prestiżową nagrodę. Jeszcze może z konkursów chopinowskich kogoś się wspomina, ale nikogo spośród wielu innych doskonałych artystów. Podobnie zresztą z zakresu plastyki, poezji, beletrystyki lub teatru... Uważam to za szkodliwe. Jeszcze ratuje tę sytuację w jakiś sposób Program 2 Polskiego Radia, który jest naprawdę bardzo dobry. Niestety, w TV ogłupiają nas też coraz bardziej prymitywne kabarety, na tle których Kabaret Starszych Panów jest arystokratą.

           

G. D.: A jak się ma odnaleźć w takiej sytuacji młody człowiek, który podejmuje zadanie bycia nauczycielem, wychowawcą i chce wywrzeć pozytywny wpływ na swoich uczniów?

           

L. M.: Był taki duński działacz Bro Rasmussen, który pisał o ideale nauczyciela muzyki w szkole. Wyliczał bardzo wiele zalet. Wskazywał także na pewną pozytywną rolę muzyki rockowej. Bo przecież dlaczego nie? Ja też próbowałem kiedyś nawiązać – właśnie poprzez muzykę rockową – kontakt z młodzieżą liceum prywatnego. Na przykład poleciłem uczniom, żeby każdy przyniósł dwa utwory z muzyki rozrywkowej – takie, które mu się podobały  – i zaprezentował w klasie. Chciałem, żeby każdy powiedział, dlaczego wybrał właśnie te i który z tych dwóch podoba mu się bardziej. Ale uczniowie nie potrafili odpowiedzieć dlaczego. Nie mieli świadomości, co stanowi o wartości takiego czy innego utworu. Potem ja argumentowałem, który utwór jest lepszy moim zdaniem, mówiąc, że np. ja w tej kompozycji widzę bardzo dobrą instrumentację albo delikatny, subtelny nastrój. Chyba taką drogą trzeba iść. Można zapytać: Co dzisiejsza młodzież chce osiągnąć? Dziewczęta marzą o tym, by być piosenkarkami lub modelkami, a chłopcy, żeby grać w zespole i zarabiać „szmal”… Na koniec Rasmussen podsumował: „Trudno jest być nauczycielem muzyki”.

           

G. D.: Porozmawialiśmy już o muzyce w szkołach ogólnokształcących. A co z sytuacją szkół muzycznych? To dość istotne pytanie, zwłaszcza że dla szkolnictwa artystycznego jest to czas szczególnie ważny ze względu na wdrażaną reformę.

           

L. M.: Mamy coraz więcej szkół muzycznych. Złośliwi uważają, że są coraz słabsze, i wskazują na trudności z naborem do akademii muzycznych. Nie szkodzi. Mnie martwi co innego: w szkołach muzycznych robi się wszystko, żeby nauczyć zawodu; na przykład na solfeżu uczy się wyłącznie czytania nut, a nie śpiewania – nie uczy się po prostu śpiewania zwyczajnych piosenek. W rezultacie przyszli nauczyciele wychowania muzycznego nie znają piosenek, które mogliby wykorzystać w pracy z dziećmi. I to jest fatalna sprawa.

           

G. D.: To potwierdza też moje obserwacje, które pokazują, że w wielu szkołach muzycznych po prostu nie śpiewa się na lekcjach kształcenia słuchu, rytmiki czy audycji. Są poznawane zasady teoretyczne, budowa trójdźwięków czy interwałów, ale nie ma śpiewu, który jest chyba najlepszą drogą do bezpośredniego poznania muzyki. Może reforma coś tu zmieni? Chociaż potrzeba raczej zmiany mentalności nauczycieli.

           

L. M.: Nie wiem, jak dziś kształtuje się sytuacja harcerstwa. Kiedyś byłem zapalonym harcerzem. Inaczej nie mogło być, bo przecież wtedy to było moje życie. W harcerstwie wciąż śpiewaliśmy. Grałem na gitarze proste akompaniamenty, znałem trzy akordy – dopiero w szkole dowiedziałem się, że to tonika, dominanta i subdominanta. Byłem niemal zupełnym analfabetą muzycznym, ale wiedziałem, że te akordy mają uniwersalny charakter. Wynika z tego, że ważniejsza była praktyka, umiejętność, niż wiedza. Dodam, że wtedy harcerstwo rzeczywiście śpiewało, i to nawet piosenki z rodzaju rozrywkowych, np. Obozowe tango… To się zmieniło. Kiedyś wysłałem moją córeczkę na kolonie. I wróciła z repertuarem o jakiejś pięknej Ayali: „Ayali, dziewczyno ty ma; Ayali, ty już w życiu nie zaznasz zła, piękno córo zachodu…”, a potem: „Z zachodu przyjechali, przywieźli nowy transport żon, i zmienił się los Ayali, i sułtan nowe dziewczę wziął”. I tego uczono na koloniach! Zresztą kolonie to jest osobny rozdział. Co się robi w wolnym czasie na koloniach? Włącza się na cały regulator muzykę. Ryczy to z głośników, nikt tego nie słucha, ale tak musi być… Za dużo jest tej tapetowej muzyki. Nie mogę się z tym pogodzić.

           

G. D.: Mam jeszcze jedno pytanie: Jaka jest, czy też powinna być, rola muzyki współczesnej – myślę tu o muzyce „wysokiej” – w edukacji muzycznej? Sama dopiero jako studentka, za sprawą Pana Profesora, poznawałam muzykę XX wieku. Wcześniej, w szkole muzycznej, słuchaliśmy może trochę Debussy’ego czy Szymanowskiego. Czy muzyka XX i XXI wieku jest nam potrzebna? Czy ta muzyka powinna być obecna w szkole?

           

L. M.: Owszem, tylko zawsze trzeba się zastanowić, jaka to ma być muzyka. Musi zostać wybrana. Z kompozycji Lutosławskiego na pewno nie II, III i IV Symfonia, bo to są skomplikowane konstrukcje, ale już warto sięgnąć po Małą suitę czy – dla starszych uczniów – Muzykę żałobną, która jest wprost objawieniem. Polecam także Melodie ludowe ­– tu niby mamy najprostszą melodię ludową, a w harmonii dzieją się cuda. I do tego jeszcze dochodzi satysfakcja intelektualna.

           

G. D.: Też mam takie przekonanie, że młodzież powinna się uczyć języka współczesnego – języka, którym porozumiewa się ze słuchaczem współczesny kompozytor. Zapytam jeszcze o drogę Pana Profesora do tej muzyki, do muzyki nowej. Wiadomo, że przyjaźnił się Pan z Bolesławem Szabelskim, Henrykiem Mikołajem Góreckim, był Pan blisko związany z kompozytorami reprezentującymi polską awangardę, nierzadko dokonywał Pan analiz nowych utworów i nie bał się Pan przy tym krytykować niektórych kompozycji. Jak Pan dotarł do muzyki współczesnej?

           

L. M.: Muzyki zacząłem się uczyć na serio za późno, w wieku 17–18 lat, ale z takim entuzjazmem, że przez pierwsze dwa lata zrobiłem pięcioletni kurs nauki gry na fortepianie; można sobie wyobrazić ten zapał. Oczywiście słuchałem także muzyki przez radio. Na początku moje ideały były dość płytkie, ale stopniowo to się zmieniało i zupełnie nie wiem, dlaczego bardzo zainteresowały mnie fragmenty muzyki współczesnej – Perkowski czy Szałowski. Nie wiedziałem, kim oni są, ale pobudzały mnie te nowe dźwięki. Byłem zachwycony, a mama przerażona: „Przecież tego nie można słuchać…”. Trzeba podkreślić, że mama była niezwykle wyczulona na piękno muzyki, na Haendla, Mozarta.

           

G. D.: Mam wrażenie, że do dzisiaj wielu nauczycieli w podobny sposób jak Pana mama reaguje na muzykę współczesną – właśnie stwierdzeniem, że „tego nie można słuchać”. Są zupełnie nieprzygotowani do odbioru tej muzyki.

           

L. M.: A ja właśnie jakoś instynktownie lgnąłem do muzyki współczesnej. Kiedyś od prof. Markiewiczówny dowiedziałem się o Szabelskim jako rewelacyjnym kompozytorze. Wtedy poznałem jego Toccatę. Coś fantastycznego! I w końcu doszło do tego, że napisałem o nim książkę. To jest właśnie człowiek, który mnie naprawdę pasjonował. A później zacząłem dojrzewać na Warszawskiej Jesieni. Górecki, Szalonek, Kilar… To było fascynujące.

           

G. D.: Właśnie, był Pan prasowym sprawozdawcą festiwali muzyki współczesnej i recenzentem wielu prawykonań. Jak z perspektywy własnych doświadczeń ocenia Pan obecną sytuację muzyki współczesnej w Polsce. Kogo warto posłuchać? Kogo warto poznać bliżej?

           

L. M.: Górecki ma już swoją sławę i własne festiwale. Z tych żyjących oczywiście Penderecki. Zawsze jestem ciekaw, co nowego napisze. Kiedyś entuzjazmowałem się różnymi utworami prezentowanymi na Warszawskiej Jesieni, teraz ze smutkiem widzę, że niewiele z nich pamiętam. Walczyliśmy o skrajnie awangardowego Schaeffera, który wówczas był wygwizdywany przez zszokowaną publiczność. Ale dziś Schaeffer jest uważany raczej za dramaturga. Z muzyki chóralnej śpiewa się powszechnie Andrzeja Koszewskiego czy Józefa Świdra. Może to już cecha starości, że rzadko kiedy mi się coś podoba.

           

G. D.: Myślę, że to kwestia wyboru. Nie wszystko możemy od razu zgłębić. Chciałam zapytać jeszcze o jedno: jest Pan autorem pierwszego ogólnego podręcznika do pedagogiki instrumentalnej[1]. Sam zaczynał Pan dość późno własną edukację w zakresie gry na fortepianie. Skąd więc takie zainteresowania i pomysł na książkę, która – myślę – jest doskonałym przykładem teoretycznego spojrzenia na poglądy pedagogiczne wybitnych artystów-nauczycieli. Gdzie tkwi źródło inspiracji?

           

L. M: Wspomniałem już, że zainteresowania pedagogiką wzbudziła we mnie moja żona, Danuta, która jako absolwentka klasy fortepianu prof. Wandy Chmielowskiej nabyła od niej wiedzę z zakresu metodyki nauczania, by potem zdobyć ogromne doświadczenie pedagogiczne w toku wieloletniej własnej pracy. Prowadziła okręgowe konsultacje metodyczne dla nauczycieli fortepianu, kierowała Studium Pedagogicznym w PWSM i wreszcie – za namową prof. Andrzeja Jasińskiego – przejęła od swej profesorki prowadzenie metodyki nauczania gry na fortepianie. Po pracy oboje spędzaliśmy wiele godzin na rozmowach o zasadach przekazywania uczniom lub studentom swych umiejętności i wiedzy muzycznej: ja poznawałem tajniki skutecznych metod nauczania gry, ona – metod upowszechniania wiedzy o muzyce. Gdy byłem redaktorem naczelnym „Poradnika Muzycznego”, dosłownie zmusiłem ją do napisania cyklu artykułów o początkach gry na fortepianie. Niestety, przerwała ten cykl po kilku rozdziałach – gdy doszła do zagadnień związanych z kształtowaniem dźwięku. Słusznie uznała, że słowo pisane i mówione, bez pomocy instrumentu, nie przekaże istoty tego problemu. Książkę O sztuce pedagogiki instrumentalnej napisałem, opierając się właśnie na doświadczeniach żony, a wspólnie wydaliśmy prace pedagogiczne Wandy Chmielowskiej O sztuce nauczania gry na fortepianie. Wiele rozmów „pedagogicznych” przeprowadziłem również z prof. Pawłem Puczkiem. którego także „zniewoliłem” do napisania cyklu artykułów o początkach nauki gry na skrzypcach w „Poradniku Muzycznym”. To on zwrócił mi uwagę na pisma pedagogiczne Tadeusza Wrońskiego i Carla Flescha.

           

G. D.: Niestety, odnoszę wrażenie, że choć mamy naprawdę dobre zaplecze teoretyczne i pojawiło się kilka naprawdę cennych publikacji, to nauczyciele postępują często wbrew wszelkim regułom i popełniają wciąż te same kardynalne błędy, których efektem są mierne rezultaty pedagogiczne. Mam coraz większe wątpliwości, czy zawodu (misji?) nauczyciela można się nauczyć? Czy nauczycielem nie trzeba się po prostu urodzić?

           

L. M.: Urodzić się nie wystarczy. Wybierając zawód nauczyciela muzyki, trzeba mieć świadomość, że jego uprawianie ma służyć pobudzaniu wrażliwości na jej piękno, i to na wszelkich poziomach i we wszelkich przejawach. Więcej – trzeba zawód ten traktować jako szlachetne posłannictwo w kierunku, jaki – słowami prof. Stefana Śledzińskiego – wyznaczyła w swoim programie ideowym Polska Sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Wychowania Muzycznego: „Dążenie do upowszechniania muzyki, do tego, by stała się codziennym dobrem wszystkich ludzi, aby można było wzbogacić ich dusze, ich wyobraźnię i wrażliwość – oto zadanie, któremu warto poświecić życie”.

           

G. D.: A więc miał rację Rasmussen, gdy mówił: Trudno być nauczycielem muzyki”. Panie Profesorze, bardzo dziękuję za tę rozmowę. Pozostaje mi jedynie życzyć zdrowia i pogody ducha, niegasnącego entuzjazmu i nowych muzycznych objawień.



[1]L. Markiewicz, Wybrane zagadnienia pedagogiki muzycznej, Akademia Muzyczna im. Karola Szymanowskiego, Katowice 2000; wyd. 2. uzupełnione: O sztuce pedagogiki instrumentalnej. Wybrane zagadnienia, Katowice 2008 (dop. red.).