SNM

Zmiana siedziby SNM2023-10-29

więcej »

Wielkie podziękowania dla Pani Haliny2023-07-11

więcej »

Zmarł Zbigniew Ciechan2021-02-03

więcej »

zobacz wszystkie aktualności

Newsletter

Podaj nam swój e-mail, jeśli chcesz otrzymywać aktualności

Wychowanie Muzyczne » Czytelnia » Muzyczna „mitologia” (24). Teoria versus praktyka

Muzyczna „mitologia” (24). Teoria versus praktyka

Autor: Rafał Ciesielski

 

 

Skąd bierze się w naturze ludzkiej tak ostre przeciwstawianie tak zwanej „teorii” tak zwanej „praktyce”? Skąd tak znaczny między nimi rozziew, z jednej strony ustanawiający niekiedy niemal brak między tymi obszarami jakiegokolwiek związku, z drugiej – jednoznacznie dyskredytujący teorię wobec potęgi praktyki? Bo teoria mówi swoje, a praktyka i tak przecież wie lepiej i teorii wszak nie potrzebuje. Wykonywanie wielu codziennych czynności prawdę tę zdaje się w całej pełni potwierdzać. Czy bowiem musimy wiedzieć, jaki wzór matematyczny opisuje trajektorię lecącej piłki, by móc skutecznie skierować ją do bramki? Czy musimy znać teorię ekonomii, by zarządzać zawartością własnego portfela? Czy musimy znać fizykę funkcjonowania wszelkich urządzeń i mechanizmów naszego auta, by być kierowcą? Takich (w istocie retorycznych) pytań tworzyć można wiele. Wynika z nich na pewno jedno: kształtują one przekonanie o zbędności znajomości teorii w naszych praktycznych poczynaniach.

           

Ale – wracając do analogii piłkarskich − już zaprojektowanie treningu piłkarza wymaga (teoretycznej) wiedzy. Nie wystarczy bowiem wielogodzinne trenowanie np. na siłowni, by osiągnąć pożądany rezultat – tu trzeba precyzyjnej znajomości budowy i fizjologii człowieka, wiedzy o potrzebie i profilu treningu w danej dyscyplinie sportu, o potencjale, ale i ograniczeniach ludzkiego organizmu itd. Dopiero ta (teoretyczna) wiedza pozwala zaprogramować racjonalny trening, by móc z nadzieją oczekiwać jego rezultatów (wysokich lokat na zawodach). Jeszcze wyraźniej potrzeba teorii ujawnia się w obszarze motoryzacji. Jako kierowcy dotykamy jedynie powierzchni tej dziedziny: gdy auto się psuje, niezbędna staje się specjalistyczna (teoretyczna) wiedza.

           

Dotykamy tu subtelnej acz istotnej cezury w sposobie naszego korzystania z wszelakich dóbr tego świata. W wielu dziedzinach nawet powierzchowna (pragmatyczna) ich znajomość pozwala w pełni z nich korzystać (vide: wszelkie urządzenia domowe). W wielu innych głębsza znajomość danej dziedziny czy urządzenia jest nieodzowna, by skutecznie (i bezpiecznie) się owymi urządzeniami posługiwać. A już najjaskrawiej znaczenie teorii ujawnia się, gdy pojawia się pomysł bądź potrzeba stworzenia czegoś nowego lub opanowania jakiegoś zjawiska, by służyło ono człowiekowi. Bez znajomości (teoretycznych) praw danej dziedziny lub (teoretycznej) istoty danego zjawiska − pozostaniemy bezradni. A w takich to właśnie sytuacjach mówimy chętnie o kreatywności czy innowacyjności. Teoria przekłada się wówczas na… twórczość – jako jej niezbywalny fundament. Gdy więc człowiek zaspokajał swe potrzeby, realizował swe wizje i marzenia (np. o lataniu…), na ogół czynił to, korzystając z teorii, często przy tym odkrywając wiele nieznanych mu dotąd (teoretycznych) prawideł. Zatem czy teoria może być jednak przydatna? A może niekiedy jest wręcz niezbędna?

           

A jak relacja teoria-praktyka wygląda w muzyce? Wydaje się, iż w dziedzinie muzyki bez teorii niewiele można zrobić w praktyce. Bez znajomości wielu danych teoretycznych (warsztatowych, stylistycznych, interpretacyjnych…, które w indywidualnym ujęciu określą parametry wykonania) satysfakcjonująca realizacja utworu będzie niemożliwa. Zarazem nawet perfekcyjna znajomość wyłącznie teorii gry na skrzypcach nie pozwoli „praktycznie” wykonać utworu skrzypcowego.

           

Wiedza akustyczna jest w pewnym zakresie teoretyczna, jednakże już za prostą matematyczną (i wszak czysto teoretyczną) proporcją 2:1 odniesioną do struny stoi całkiem w muzyce praktyczny i ważny interwał oktawy itd. A gdzieś na drugim biegunie – (teoretyczna) wiedza o realizacji formuły da capo i możliwych tu do zastosowania środkach − zgodnych z (teoretycznie poznanymi) konwencjami gatunku, epoki i stylu − implikuje dopiero wiarygodne, wymagające indywidualnego nacechowania wykonanie owego da capo. Bez tej teorii ucierpi muzyka, bo będzie niestylowa, płaska i nieprawdziwa.

           

W tym kontekście można nawet wysunąć prowokacyjną nieco tezę, iż bez teorii jedynie bardzo wycinkowo znalibyśmy dziś muzykę przeszłości. Muzyka to fenomen brzmiący, a jej utrwalenie w zapisie jest możliwe dzięki teorii: schematycznemu sposobowi zanotowania zasadniczych elementów owego brzmiącego fenomenu. Zapis to jakby teoria danego utworu, teoretyczny przepis na jego wykonanie (jak przepis na tort makowy). Bez owego przepisu danego w schematycznej, teoretycznej (i niepełnej wszak) postaci, dzieło nie mogłoby być zrealizowane. Muzyka przeszłości przekazywana jest nam w postaci teoretycznej i każdorazowo wymaga praktycznej realizacji. Tu widać, jak wzajemnie uzależnione są obie sfery, jak na siebie spoglądają, jak z sobą dialogują, spierają się: jak ożywić ów schematyczny zapis? jak zapisać żywioł brzmienia?

           

Dzielenie dziedziny muzyki na teorię i praktykę pozostaje w istocie zabiegiem sztucznym. Forsowanie tego podziału wynikać może z niezmiernie powierzchownego rozumienia i traktowania muzyki, a w naszej świadomości często z praktyki edukacyjnej, gdzie w konstrukcję systemu kształcenia muzyków wpisany jest podział na przedmioty. Te, w ramach których się gra (instrument główny, zespół kameralny, orkiestra) to praktyka, zaś zasady muzyki, solfeż, formy muzyczne czy harmonia – to teoria. Niby mamy świadomość umowności tego podziału, ale sytuacje realnych i utrwalonych sporów na tym polu w naszym szkolnictwie muzycznym pokazują, iż coś jest tu na rzeczy… (czy to temat na kolejny felieton?). Tzw. teoria często traktowana jest jako rzecz niepotrzebna, a przeciwstawianie teorii praktyce bywa swoistą idee fixe wielu „praktyków”. Wydaje się, iż dla tak czy inaczej zajmujących się muzyką i świadomych jej natury profesjonalistów, podział taki nie ma znaczenia. W jakimś stopniu trywializuje on samą istotę dziedziny muzyki jako całości, jak i sprowadza do banalnej opozycji obie wydzielane z niej kategorie: teorię i praktykę.

           

Poszerzając perspektywę – podział ten wyraźnie zdaje się też zaznaczać w skali powszechnej, gdy kontakt z muzyką mają jej odbiorcy. Czy jednak jako osoby niegrające, zatem niepraktykujące, pozostają oni swoistymi muzycznymi teoretykami? Nic bardziej błędnego. Słuchanie muzyki, już choćby z uwagi na emocje, jakie w tym procesie są angażowane i jakie wynikają z oddziaływania na nas muzyki, pozostaje czynnością w najwyższej mierze praktyczną.

           

Słuchacz-meloman to zatem praktyk, „użytkownik” dzieła muzycznego, niezważający na teorię? Takie przekonanie wyniósł on na ogół ze szkolnych lekcji muzyki, gdzie – jako teorię − forsowano kompozytorskie życiorysy oraz krzyżyki i bemole, które w istocie słuchaniu muzyki niewiele mogą pomóc. A gdyby tak teoretycznie przyjrzeć się sonatowemu allegru? Czy znajomość jego dramaturgicznej formuły nie wesprze, nie uaktywni emocji, nie da estetycznej satysfakcji w słuchaniu niezliczonej ilości opartych na tej konstrukcji dzieł? A gdyby tak wspomnieć na lekcji muzyki o muzycznej retoryce? Gdyby poruszyć zasadnicze kwestie estetycznomuzyczne, przywołać problematykę wielorakich relacji dzieła z realiami kulturowymi itd. Czy nie poszerzy to perspektywy odbioru dzieła? A to wszystko lokowane jest po stronie tak zwanej teorii. Słuchającemu to właśnie owa teoria umożliwić może pełny kontakt z dziełem muzycznym, pozwoli śledzić jego narrację, uchwycić sens i treść muzyki, podążać za jej tokiem, poddając się jej wyrazowym, emocjonalnym i kulturowym sensom i walorom. Nie znając chińskiego, wydaną po chińsku książkę oglądać będziemy jedynie jako piękne wydawnictwo: jej treść pozostanie dla nas nieczytelna. Bez znajomości „języka” muzyki, bez owej teorii, i muzyka będzie dla nas jedynie mało czytelnym zbiorem dźwięków. Takiej teorii, wspierającej i dynamizującej słuchanie, kierującej ku poznaniu „języka” muzyki i jej kontekstów, można by oczekiwać na lekcjach muzyki. Wszak od dziesięcioleci celem powszechnej edukacji muzycznej jest przygotowanie do odbioru muzyki artystycznej, wyposażenie uczniów we właściwe dla tej aktywności kompetencje kulturowe i przygotowanie do uczestnictwa w kulturze muzycznej.

 

Wobec powyższych rozważań pozostaje zatem zawołać: teorie i praktyki wszystkich dziedzin – łączcie się!